Droga Linii. Dlaczego tu jestem?
Moja droga do tego miejsca nie była prosta. Ukończyłam łódzką ASP, przez lata byłam malarką, fotografem i grafikiem. Szukałam sposobu wyrazu, który pozwoli mi najpełniej dotknąć ludzkiej natury. Długo myślałam, że chodzi wyłącznie o obraz. O kompozycję, światło, estetykę, o znalezienie własnego języka wizualnego. Ale z czasem zaczęłam czuć, że samo patrzenie już mi nie wystarcza.
Malarstwo towarzyszy mi właściwie przez całe życie. Zawsze było gdzieś obok wszystkiego, co robiłam — trochę jak równoległa droga wpisana w codzienność. Wracałam do niego w różnych momentach, czasem regularnie, czasem po dłuższych przerwach, ale nigdy naprawdę z niego nie wyszłam. Myślę, że właśnie dzięki malarstwu zaczęłam uczyć się obserwowania świata. Bez pośpiechu, bez konieczności tłumaczenia wszystkiego słowami. Stałam się zaangażowanym widzem rzeczywistości, zarówno tej zamkniętej w otoczeniu, jak i tej w ludziach.
To właśnie malarstwo nauczyło mnie patrzeć na człowieka inaczej. Zwracać uwagę na napięcia, gesty, emocje, na rzeczy trudne do uchwycenia, ale wyczuwalne. Z czasem zaczęłam rozumieć, że najbardziej interesuje mnie nie sam obraz, ale to, co kryje się pod nim. To, dlaczego pewne formy nas przyciągają, dlaczego niektóre symbole wracają do nas przez całe życie i dlaczego człowiek tak bardzo potrzebuje zostawiać po sobie ślady.
I może właśnie dlatego tak ważna stała się dla mnie, obok plam barwnych, linia.
Najpierw pojawiała się na papierze, później stosowałam ją na płótnie. Prosta, intuicyjna, czasem spokojna, czasem chaotyczna. Z czasem zaczęłam widzieć ją wszędzie — w ludzkich twarzach, gestach, emocjach, historiach. Linia przestała być dla mnie tylko elementem obrazu. Stała się śladem obecności. Zapisem napięcia, pamięci, doświadczenia. Czymś pomiędzy kontrolą a przypadkiem.
Coraz bardziej interesował mnie człowiek stojący za obrazem. To, co ukrywa pod gestami, sposobem mówienia, pod tym, jak pokazuje siebie światu. Bo sztuka bardzo szybko przestaje być tylko kwestią formy. Przynajmniej dla mnie. Zaczyna dotykać czegoś znacznie bardziej pierwotnego — potrzeby znaczenia.
Ta droga zaprowadziła mnie w miejsce nieoczywiste — do pracowni tatuażu, gdzie moim płótnem stało się żywe, ludzkie ciało.
I właśnie tam zaczęłam naprawdę obserwować ludzi.
Nie w galerii. Nie na wystawie. Nie przez teorię.
Tylko z bardzo bliska.
Pracując z ludźmi każdego dnia, słuchając ich historii, zauważyłam coś poruszającego. Żyjemy w świecie, który obsesyjnie skupia się na powierzchowności. Wszystko musi być natychmiast widoczne, atrakcyjne, zrozumiałe. Wizerunek stał się niemal ważniejszy niż wnętrze. Łatwo ocenić to jako pustkę albo narcyzm, ale im dłużej pracuję z ludźmi, tym mniej w to wierzę.
Ludzie nie są puści.
Oni są głodni znaczenia.
Po prostu często nie potrafią już mówić o nim wprost.
Dlatego szukają symboli.
Czasem mam wrażenie, że współczesny człowiek utracił język do opisywania własnego wnętrza. Nie umiemy mówić o duchowości, lęku, przemianie czy poczuciu zagubienia bez ironii albo psychologicznych uproszczeń. Ale potrzeba tych rzeczy nigdzie nie zniknęła. Ona tylko zmieniła formę.
I właśnie dlatego symbole wracają.
Kiedy ktoś przychodzi do mnie i prosi o wzór węża, bardzo często nie zna jego mitologicznego znaczenia. Nie wie, że wąż od tysięcy lat pojawia się w kulturach jako symbol śmierci i odrodzenia, transformacji, uzdrowienia, energii życia. Jung nazwałby to archetypem — obrazem głęboko zapisanym w zbiorowej nieświadomości.
Ale mimo tego człowiek intuicyjnie go wybiera.
To fascynujące.
Jakby podświadomość rozumiała symbole wcześniej niż rozum.
Zauważyłam, że ludzie niezwykle rzadko tatuują sobie rzeczy naprawdę przypadkowe. Nawet jeśli początkowo mówią tylko: „po prostu mi się podoba”. Kiedy zaczynamy rozmawiać głębiej, bardzo często okazuje się, że pod obrazem kryje się historia. Czasem strata, rozpad, potrzeba siły. Próba odzyskania kontroli nad własnym ciałem albo życiem.
Tatuaż bywa czymś znacznie więcej niż ozdobą.
Czasem jest śladem przejścia. Przejścia zakodowanych emocji w sybole.
Dawne kultury doskonale rozumiały znaczenie znaków nanoszonych na ciało. Tatuaż nie był wyłącznie estetyką. Oznaczał przynależność, przemianę, kontakt z sacrum albo przekroczenie pewnego etapu życia. Dzisiaj wydaje nam się, że jesteśmy bardziej racjonalni i nowocześni, ale nie jestem pewna, czy aż tak bardzo się różnimy.
Mam raczej wrażenie, że dawne rytuały po prostu wracają w nowych formach.
Bo człowiek nadal potrzebuje symbolicznego potwierdzenia tego, co przeżył.
Potrzebuje zobaczyć swoją historię poza sobą.
I może właśnie dlatego tak porusza mnie praca z linią. Linia wydaje się czymś prostym — śladem ręki, granicą kształtu. A przecież właściwie od niej zaczyna się każda forma. Każde pismo. Każdy znak. Każdy obraz.
Tam gdzie zaczyna się linia, kończy się chaos a zaczyna prawdziwe znaczenie.
Czasami myślę, że całe ludzkie życie jest próbą rysowania linii w świecie, który sam w sobie ich nie posiada. Tworzymy pojęcia, religie, sztukę, opowieści, żeby nadać kształt temu, co nieuchwytne. Żeby nie utonąć w nadmiarze rzeczywistości.
Może właśnie dlatego sztuka jest człowiekowi tak potrzebna.
Nie dlatego, że upiększa świat.
Ale dlatego, że pozwala go psychicznie unieść.
Ten blog [i podcast] jest więc dla mnie czymś więcej niż miejscem do mówienia o sztuce. To przestrzeń, w której chcę połączyć doświadczenie pracy z człowiekiem, filozofię, psychologię i symbolikę. Bez udawania wszechwiedzy. Bardziej jako wspólne szukanie niż dawanie odpowiedzi.
Bo im dłużej pracuję z ludźmi, tym mniej wierzę w przypadkowość tego, co nas porusza.
Chcę zdjąć ze sztuki i z człowieka maskę powierzchowności. Zobaczyć, co znajduje się pod obrazem. Pod estetyką. Pod słowami.
Zapraszam Cię do podróży wzdłuż linii — tej na płótnie, tej na skórze i tej, która pisze nasze życie.
