Ostatnio znalazłam stare listy. Kilka od przyjaciółki, kilka od chłopaka z czasów młodości. Leżały schowane przez lata i kiedy wzięłam je do ręki, poczułam coś dziwnego — jakbym na chwilę wróciła do tamtego czasu. Do osoby, którą wtedy byłam. Do emocji, które kiedyś były tak ważne.
Czytałam te listy powoli. Patrzyłam na charakter pisma, na sposób, w jaki ktoś dobierał słowa. Na to, ile czasu musiał poświęcić, żeby to wyrazić. Te kartki nie były tylko papierem. Były uwagą. Czyjąś obecnością.
I pomyślałam wtedy, że kiedyś rzeczy miały w sobie coś bardziej trwałego.
Trzymało się listy latami. Pamiątki po przyjaciołach, bilety, drobne przedmioty, które dla kogoś innego nie miały żadnej wartości. Ale dla nas były kawałkiem historii.
Dzisiaj wszystko dzieje się szybciej.
Zdjęcia robimy tysiącami, ale rzadziej wracamy do jednego konkretnego. Wiadomości przewijamy i po chwili giną wśród kolejnych. Rzeczy łatwiej wyrzucić i zastąpić nowymi.
I zaczęłam się zastanawiać — czy kiedy mamy coraz więcej, nie zaczynamy przypadkiem mniej czuć?
Czy kiedy wszystko jest dostępne, wszystko staje się trochę mniej wyjątkowe?
Pamiętam czekanie.
W kolejce po lemoniadę. Na święta i prezenty, ten wymarzony drewniany mini domek dla lalek. Czekanie na listonosza i tą radość kiedy okazywało się, że ma coś dla mnie. W tym oczekiwaniu było coś, czego dzisiaj często brakuje — przestrzeń na myślenie, wyobrażanie sobie, tęsknotę.
Pamiętam też czekanie na rzeczy zupełnie proste.
Na pierwsze truskawki w sezonie. Na młode ziemniaczki z koperkiem. Na owoce, które pojawiały się tylko przez chwilę.
I pamiętam, że ich smak był wtedy jakiś mocniejszy.
Pierwsza truskawka lata nie była tylko owocem. Była wydarzeniem. Była początkiem wakacyjnej przygody. Pomarańcze na stole zimą roztaczały w domu magie nadchodzących świąt.
Dzisiaj możemy mieć prawie wszystko przez cały rok. Możemy zamówić jedzenie w kilka minut, kupić coś natychmiast, znaleźć każdą informację w sekundę.
I oczywiście to jest praktyczne. Dostaliśmy możliwości, których wcześniej nie było.
Ale czasem myślę, że razem z tą szybkością straciliśmy możliwość celebrowania chwili.
A przecież czas robi coś niezwykłego — pozwala nam dojrzeć do pewnych rzeczy.
Niedawno mężczyzna zaprosił mnie na randkę. Pomyślałam: spotkamy się, porozmawiamy, poznamy się. Zobaczymy, co z tego powstanie. Dla mnie naturalne było to, że bliskość buduje się krok po kroku.
A jednak po krótkiej rozmowie bardzo szybko pojawiła się propozycja spędzenia razem nocy.
I wtedy pomyślałam o granicach.
O tym, że dzisiaj często patrzymy na czekanie jak na coś, co nas ogranicza. Jak na zatrzymanie, zakaz, który odbiera nam przyjemność.
A przecież granica czasem nie jest więzieniem.
Czasem jest ochroną.
Chroni coś, co potrzebuje czasu, żeby się wydarzyć.
Bo czy wszystko, co możemy dostać od razu, będzie miało dla nas taką samą wartość?
Czy bliskość, która powstaje powoli, przez rozmowy, poznawanie siebie, wspólne doświadczenia, nie jest czymś innym niż szybkie spełnienie pragnienia?
Nie chodzi o to, że wszystko, co szybkie, jest złe. Nie chodzi o ocenianie wyborów innych ludzi. Chodzi o pytanie, czy nie odbieramy sobie czasem czegoś ważnego, kiedy ciągle skracamy drogę.
Bo przecież książka nie jest piękna tylko dlatego, że znamy zakończenie.
Najważniejsza jest cała historia.
Droga bohatera. Jego zmiany. Moment zawahania. Poszukiwanie.
Gdybyśmy od razu przeczytali ostatnią stronę, wiedzielibyśmy, co się wydarzyło, ale nie przeżylibyśmy tej historii.
Myślę, że życie działa podobnie.
Nie żyjemy tylko dla momentów, w których coś zdobywamy. Żyjemy także tym, kim stajemy się po drodze.
Sztuka od zawsze to rozumiała.
Artysta potrzebuje pustego płótna. Ta pustka nie jest brakiem — jest miejscem, gdzie coś może powstać. Proces tworzenia jest częścią dzieła. Próby, błędy, poszukiwania.
Gdyby artysta od razu miał gotowy obraz, czy tworzenie miałoby jeszcze tę samą wartość?
Muzyka potrzebuje ciszy między dźwiękami. Opowieść potrzebuje zwrotów akcji. Człowiek potrzebuje czasu.
W wielu tradycjach religijnych pojawia się myśl, że nie każde pragnienie powinno być natychmiast spełnione. W buddyzimie mówi się o tym, że przywiązanie do pragnień może prowadzić do cierpienia — nie dlatego, że samo pragnienie jest złe, ale dlatego, że możemy stracić wolność, kiedy każde „chcę” musi od razu stać się „mam”.
Podobną myśl można znaleźć u Arystotelesa, który pisał o umiarze — o tym, że dobre życie nie polega na tym, żeby mieć wszystko, ale żeby umieć wybierać.
Może właśnie dlatego potrzebujemy czasu.
Bo czas pokazuje nam, czego naprawdę chcemy.
Kiedy nie możemy mieć wszystkiego od razu, zaczynamy rozróżniać rzeczy ważne od chwilowych zachcianek.
Nie każda granica nam coś odbiera.
Niektóre granice pomagają nam coś zachować.
Tak jak rama nie ogranicza obrazu, tylko pozwala go zobaczyć. Tak jak cisza nie niszczy muzyki, tylko pozwala jej wybrzmieć.
Może problemem nie jest to, że dzisiaj mamy za dużo.
Może problemem jest to, że coraz trudniej nam zostać przy jednej rzeczy wystarczająco długo, żeby naprawdę ją poczuć.
Bo może pełniejsze życie nie polega na tym, żeby przeżyć jak najwięcej.
Może polega na tym, żeby przeżyć coś naprawdę.
Żeby nie tylko dostać.
Ale zdobywać.
Nie tylko skonsumować.
Ale cieszyć się smakiem.
Bo czasem najpiękniejszą częścią życia nie jest moment, w którym coś wreszcie otrzymujemy.
Tylko cała droga, która sprawiła, że kiedy to przyszło — byliśmy gotowi to docenić.
